Ostatnia lekcja profesora Płoszaya

Wystawiony w czerwcu tego roku na aukcji w warszawskim Rempexie pejzaż z okolic Tilieres s/Avre to obraz Leona Płoszaya (1902-1993), włocławskiego grafika, malarza i pedagoga, ucznia profesorów J. Woronieckiego i J. Pankiewicza. To także pierwsza praca tego artysty zaprezentowana na naszym rynku aukcyjnym. Obraz, malowany olejno na sklejce o wymiarach 36,5×50 cm., powstał w 1936 roku, kiedy to Płoszay przebywał w Normandii i wydawało się (tak przynajmniej sądził sam artysta), że znalazł tam swój własny sposób wypowiedzi niezmieniony już niemal przez całe dziesięciolecia pracy twórczej. Pomimo niewysokiej ceny (3.400 zł. na otwarcie licytacji, z możliwością rozpoczęcia jej nawet od 2.500 zł., przy sprzedaży warunkowej) obraz nie wzbudził u zebranych większego zainteresowania. Czy tylko dlatego, że nikomu nie przypadły do gustu owe nawarstwiające się kulisowo, malowane w ciekawie rozświetlonych ostrym słońcem barwach zieleni i różu, ale chyba niezbyt przekonywujące plany? Czy może dlatego, że prace tego artysty są na naszym rynku jeszcze zupełnie nie znane? Cóż tam prace! Także o ich twórcy wiadomości mamy więcej niż skąpe. Pytania można by mnożyć. Na razie jednak nie mają one większego znaczenia, gdyż i tak odpowiedzi na nie udzieli nam dopiero sam rynek sztuki. Wcześnie czy później zweryfikowany zostanie i ten obraz, i następne (jeśli się w ogóle na nim pojawią), i grafiki Płoszaya, które w handlu trafiają się niezmiernie rzadko, a których należałoby może najbardziej oczekiwać.

Tym razem jednak nazwisko Leona Płoszaya nie zostało przywołane tu wyłącznie w celu zaprezentowania Czytelnikom sylwetki oraz dorobku artystycznego tego mało znanego twórcy. Natomiast resztę miejsca niech wypełni wspomnienie pewnej smutnej historii, której byłem świadkiem przed z górą 35. laty. Prof. Płoszay prowadził wtedy zajęcia z rysunku technicznego w Liceum Ziemi Kujawskiej we Włocławku. Był czerwiec. Rok szkolny właśnie dobiegał końca. W klasie przez szeroko otwarte okna zamiast oczekiwanego chłodu wpadało gorące powietrze, którym nie można było, rzecz prosta, choćby nieco ostudzić rozochoconych całodziennymi zajęciami głów ósmoklasistów. Na tą ostatnią już lekcję rysunków nasz nauczyciel przygotował się inaczej, niż zwykle. Wiedział bowiem, że pisanie piórkiem, redisówką, grafionem i patykiem dla po raz ostatni widzianych w komplecie uczniów miało być już odtąd jedynie wspomnieniem. Zresztą nawet stopnie na koniec roku zostały już dawno wystawione.
– Teraz – pomyślał sobie zapewne, zanim spakował swoją obecną na każdych zajęciach skórzaną teczkę – pokażę im coś, co powinno zainteresować każdego. Pokażę im moje prace (drzeworyty, może także dwa, czy trzy linoryty), klocki i narzędzia. To będą udane zajęcia i udane pożegnanie.

Początek lekcji nie zapowiadał jeszcze nieszczęścia. Uczniowie z pewnym zaciekawieniem oglądali, a następnie przekazywali swoim sąsiadom z dalszych ławek kolejno wyjmowane z teczki prace. Była tam i katedra we Włocławku (bodaj w dwóch ujęciach), i miejscowy kościółek św. Witalisa, i bulwary nad Wisłą. Jedynie tą najsławniejszą z katedr – Katedrę Notre Dame w Paryżu (na drzeworycie w passe-partout i za szkłem) – prof. pokazywał z oddali. Gdzieś, w połowie zajęć otrzymaliśmy do obejrzenia przyniesione z pracowni profesora klocki drzeworytnicze. Pamiętam, że na jednym z nich była włocławska katedra, na innym jakiś pejzaż z Francji, wreszcie mała kapliczka z okolic Małgoszczy i wspomniany zabytkowy kościółek św. Witalisa. Na klockach widzieliśmy wyraźne ślady zaschniętej czarnej farby. Drewno było gładkie, powierzchnie na nim błyszczące, a układający się w obraz gąszcz nacięć przemyślany, precyzyjny i można by powiedzieć „dopieszczony” przez artystą.

Leon Płoszay używa wyłącznie deski sztorcowej z bukszpanu albo gruszki i posługuje się najcieńszym rylcem dającym delikatną kreskę – przeczytałem kilkanaście lat później w katalogu wystawy urządzonej wówczas w rodzinnym mieście artysty.
– Ukierunkowanie i zagęszczenie kresek pozwala mu wydobyć bardzo subtelne efekty i urozmaicenia rozwiązań. Widać to w traktowaniu nieba, chmur, drzew, architektury i drobnych sylwetek ludzi. Rzeczywiście. Pamiętam, że podczas ostatniej naszej lekcji z prof. Płoszayem najwięcej usłyszeliśmy od niego o owych bukszpanowych i gruszkowych deskach, o tym, jak wykonuje się drzeworyty, wreszcie nieco o nim samym: o studiach, francuskich wojażach i kontaktach z Pankiewiczem. Opowiadał nam, o tym uśmiechając się lekko zza okularów, jakby zażenowany faktem, że obnażał przed nami nie tylko swoją pasję, ale i prawdziwe oblicze. Któż odgadnie artystę? Sam to przecież sobie obmyślił – nam, na pożegnanie.

Przed końcem lekcji zobaczyliśmy też rylce, jakieś dłuta i igły. Wkrótce także i one poszły między uczniów, by można było z bliska zapoznać się z narzędziami. Nie było jeszcze dzwonka na przerwę, kiedy najbardziej niecierpliwi dopinali już swoje tornistry z nadzieją na szybkie opuszczenie klasy. Powoli zbierano też grafiki, klocki i narzędzia. Dyżurne przynosiły je z ostatnich ławek i układały na katedrze. I nagle zobaczyliśmy, że uśmiechnięte jeszcze przed chwilą oczy pana Leona wypełniły się łzami. Jego pociągła twarz zamarła w nerwowym skurczu. Po chwili uczynił jakiś nagły, nieokreślony ruch rękami i wybiegł z klasy nie zamykając za sobą drzwi. Na stole, między kilkoma sczerniałymi od farby klockami, leżały dwa o jakże zmienionym wyglądzie. Padły ofiarą wandalizmu. Ktoś próbując własnych wątpliwych „umiejętności” posługiwania się rylcem zniszczył je bezpowrotnie.

Autor: Wojciech Przybyszewski (Gazeta Antykwaryczna 11/2001)